Mitologia
społecznego Tabu
[wróć]
Cogito
ergo sum?
Problemy
Tabu
Blaski
i cienie Tabu
Odmienne
stany świadomości, kara śmierci, celibat, substancje psychodeliczne czy seks,
to niezawodne tematy rozlicznych dyskusji podejmowanych w debatach
telewizyjnych, filmach ostrzegawczo - instruktażowych i podobnych wyrobach
kultury masowej. Niesłabnąca popularność tzw. tematów tabu wynika z bardzo
głębokich podziałów społecznych, na tych którzy są „za” i
„przeciw”, podziałów generujących w trakcie dyskusji niespotykane
ilości ciepła i adrenaliny. Zgodnie z zasadami dialektyki, można by po takiej
dyskusji oczekiwać konstruktywnej syntezy. Nic z tego. Ktoś, kto jest
przeciwko aborcji pozostanie przy swoim stanowisku, nie przekona się również
osoby opowiadającej się za eutanazją. Gdzieś między tymi skrajnościami,
jesteśmy my – rozsądni ludzie, dla których każdy temat jest wyzwaniem
dla wydania obiektywnych osądów.
Jak
dobitnie pokazuje psychologia – rozsądek jest dziełem intelektu. Nie
znaczy to oczywiście, że emocje należy włożyć między epokę kamienia łupanego
i brązu. W wielu sytuacjach, między innymi takich, gdy grozi nam niebezpieczeństwo,
musimy podjąć szybką decyzję lub wręcz zareagować automatycznie, emocje są
naszym podstawowym narzędziem reakcji. Człowiek pozbawiony życia
emocjonalnego to, posługując się terminem psychiatrii – psychopata lub
jego niegroźna odmiana, czyli aleksytymik. Ciekawy, choć niezupełnie typowy,
przykład psychopaty można było zobaczyć na filmie „American
Psycho” – gdzie główny bohater był owszem, odporny na stres i lęk,
ale całkowicie owładnięty innymi, bardzo ludzkimi emocjami. „Leksykon
psychiatrii” podaje następujące kryteria tego zaburzenia: brak poczucia
winy, wstydu i odpowiedzialności, nieadekwatne zachowania społeczne, nieumiejętność
planowania odległych celów i przewidywania skutków własnego działania,
autodestrukcyjny wzorzec życia, nierozróżnianie granicy między prawdą i kłamstwem.
Niezbyt to zachęcająco brzmi, prawda? Również bez tzw. „inteligencji
emocjonalnej”, jak uważa np. Stanley Greenspan („Rozwój umysłu”)
dziecko nie jest w stanie wykształcić intelektu. Ukazane tutaj sytuacje
bezsprzecznie wymagają interwencji emocji, błyskawicznie informujących nas o
zagrożeniach i upodobaniach, zachęcających do działania, umożliwiających
uczenie się i odczytywanie nastrojów innych ludzi. Mimo to, w zakresie wielu
innych sytuacji, rozgrywających się na wyższym poziomie abstrakcji i złożoności,
emocje nie tylko nie pomagają, ale wręcz przeszkadzają. Ich zadanie sprowadza
się do wstępnej i spłyconej oceny sytuacji, co jest logiczne bo nie możemy
wymagać jednocześnie precyzji i szybkości reakcji. Układ emocjonalny wyłania
z sytuacji cechę dominującą i interpretuje ją na swój sposób. Obrazuje to
nieśmiertelna scena, przewijająca się w westernach, horrorach i kryminałach:
pan i pani ścigają innego pana. W pogoni gubią się i spotykają ponownie w
ciemnym korytarzu. Pan natychmiast wyciąga broń i...oddaje strzał lub
reflektuje się. Wstyd powiedzieć, ale w sytuacjach zagrożenia, nawet jeśli
jest ono odroczone w czasie i niematerialne, najczęściej „oddajemy strzał”.
Widać to dobrze w dyskusjach polityków, laików i specjalistów. Wszyscy oni
przychodzą do studia z pewnym poglądem i nastawieniem. W takich dyskusjach lęk
miesza się z pobudzeniem potencjalnego zwycięzcy. Emocje całkowicie wyłączają
konstruktywne myślenie: przecież, aby rozważyć inny punkt widzenia, należy
zwątpić w aktualny, to oznacza przyznanie się względem siebie i innych do błędu,
błąd prowadzi do lęku a lęk do wycofania się z sytuacji. Reakcja obronna,
przeciwko rozsądnym faktom strony przeciwnej, obniżającym naszą pewność to
„oddanie strzału” – atak personalny lub powtórzenie swojego
stanowiska. Im bardziej kwestia jest istotna, tym mniej obiektywna dyskusja.
Emocje spłycają sytuacje do zero-jedynkowej alternatywy, „mam rację”
lub „nie mam racji”, uogólniają (negatywne bądź pozytywne)
znaczenie jednego faktu na całość, co w kwestiach filozoficzno –
moralnych jest całkowicie chybionym podejściem. Na szczęście obserwatorzy
takich dyskusji, jako że mniej zaangażowani emocjonalnie, nie mający podstaw
do obaw są bardziej skłonni zmieniać swoje poglądy niż jej uczestnicy.
Emocje
nie są jedyną przeszkodą na drodze do większego obiektywizmu. Nawet jeśli
ktoś myśli chłodno, wieloaspektowo i racjonalnie podatny jest na uleganie
rozmaitym złudzeniom poznawczym, czyli takim, które generowane są de facto w
sferze intelektu. Najbardziej znanym chyba złudzeniem tego typu są efekty świeżości
i pierwszeństwa. Efekt świeżości polega na lepszym zapamiętaniu i przemyśleniu
argumentów prezentowanych jako ostatnie w dyskusji, natomiast efekt pierwszeństwa
oznacza przeciwną tendencję. Zależnie od sytuacji ujawnić się może jeden z
nich lub oba, co doprowadza do sytuacji, że słyszymy, rozumiemy i analizujemy
tylko to, co było na początku i na końcu. W przypadku, gdy na koniec dyskusji
planowane jest podsumowanie można skorzystać z rady psychologa Tadeusza
Tyszki. Mając do wyboru przemawianie jako pierwszy lub drugi w debacie nad
kontrowersyjną kwestią, należy ustalić, jak blisko siebie będą przemówienia
i kiedy ma się odbyć głosowanie. Gdy argumentacja przeciwna będzie następowała
natychmiast, a głosowanie będzie oddalone w czasie, lepiej wystąpić jako
pierwszy mówca. Gdy argumentacja przeciwna będzie oddalona w czasie, a głosowanie
nastąpi natychmiast po drugim wystąpieniu, lepiej wystąpić jako drugi mówca.
Bardziej wyrafinowani stratedzy dyskusji, chcąc wykorzystać oba efekty, mówią
pierwsi i jako ostatni zabierają głos, w sposób dobitny akcentując swoje
racje. Stratedzy o których mowa stosują również szereg innych, bardzo przemyślnych
metod – odsyłam do książki „Psychomanipulacje” Tomasza
Witkowskiego. Autor przytacza w niej historię swojego znajomego, który chcąc
sprzedać mieszkanie skorzystał z usług pośrednika. Ten w niecny sposób
wykorzystał swojego klienta, zawyżając cenę mało atrakcyjnego mieszkania,
traktował je jako pierwszy przystanek dla osób chcących nabyć mieszkanie.
Następne w kolejności, choć zupełnie przeciętne wydawało się takiemu
klientowi bardziej atrakcyjne. W rezultacie sprzedawały się wszystkie
mieszkania, tylko nie to, którego chciał się pozbyć ów człowiek. Złudzeń
ściśle poznawczych można by wyliczać bez liku. Jedne są przedmiotem celowej
manipulacji, inne pojawiają bo człowiek jest poznawczo ograniczony. Aby
zilustrować jak bardzo podam przykład paradoksu. Wyobraźmy sobie, że w
pewnym małym miasteczku wybucha epidemia. Sytuacja jest bardzo poważna, ale
sztab specjalistów orzeka, że mamy wybór, możemy coś w tej sprawie zrobić.
Opcja A – 200 osób z 600 zostanie na pewno uratowanych, Opcja B –
prawdopodobieństwo 1/3 uratowania wszystkich i 2/3 nie uratowania nikogo.
Studenci, którym prezentowano program A i B zwalczania epidemii, najczęściej
wybierali scenariusz A, pomimo że w B przy odrobinie szczęścia mogli uratować
wszystkich. Jeśli jednak te same scenariusze zapisze się w inny sposób: A -
umiera 400 osób na pewno z 600 (wcześniej 200 na pewno uratujemy) i
alternatywny scenariusz B wówczas wybierano program drugi - mimo, że zmieniło
się jedynie jego sformułowanie a nie treść problemu.
Ograniczenia
w zakresie emocji i poznania, nie ułatwiają podejmowania i tak już trudnych
decyzji. Może więc ich nie podejmować, zostawiając te kwestie innym? Niech
oni się martwią, zastanawiają nad racjonalnością i własną odpowiedzialnością.
Kierując się takim tokiem rozumowania, pozostając przy zasłyszanych gdzieś,
bezpiecznych poglądach wspótworzymy Mitologię Społecznego Tabu.
Problemy
Tabu
Przyjrzyjmy
się kilku, wybranym problemom, które ekscytują chyba każdego, niezależnie
od wieku i orientacji. Zaznaczam, iż prezentowane tutaj tematy tabu i ich
interpretacje nie są w żadnym wypadku stanowiskiem redakcji, ani też próbą
propagowania tych idei. Stanowią luźny zlepek argumentów zasłyszanych na
sieci i przemyślanych przez autora. Są one skrajne po to, aby sprowokować
pewne reakcje Czytelników i wyjaśnić na koniec, skąd bierze się zjawisko
Tabu. A o reakcjach Czytelnika w dalszej kolejności.
Oczywistą
cechą umysłu człowieka, podobnie jak każdego procesora informacji, jest to,
iż nie przetwarza i nie ocenia on danych, których nie ma. Brak informacji, która
powinna się pojawić w danej sytuacji, jest jednak również informacją, gdyż
na przykład pozwala na ocenę częstości występowania zdarzeń. Pomijanie
tego powoduje skłonność do przeceniania faktów lub działań, a dewaluacji
tych które się nie pojawiły, choć powinny były. Wyjaśnię to na przykładzie.
Oceniając dany czyn jesteśmy w stanie surowiej potraktować kogoś kto coś
zrobił i tym spowodował skutek (zdarzenie A), niż tego, który nic nie zrobił
a w efekcie czego również wydarzyło się zdarzenie A. Wydaje się to
przynajmniej w niektórych przypadkach pozbawione sensu - jeśli bowiem ktoś,
działając w dobrej wierze, popełnił błąd, nie istnieje powód dla którego
miałby być ukarany bardziej niż osoba, która nic nie zrobiła aby zapobiec
tragedii. (Oczywiście od tej generalnej reguły istnieją wyjątki - np.
kierowca który zbiegł z miejsca wypadku, jest winny zabójstwa, natomiast nie
jest winny kierowca nieskutecznie ratujący życie potrąconej osobie). Z tego płynie
jeden wniosek – mając wybór między mniejszym i większym złem, wolimy
nie działać, by uniknąć osądzania.
Przykładem
zaczerpniętym z życia, może być reakcja części opinii publicznej na
konflikt w Kosowie. Przypuszczalnie przesłanką leżącą u podstaw krytyki
polityki prezydenta Clintona było przekonanie, że bardziej etyczne i
humanitarne jest nie podjęcie działania (tym samym przyzwolenie na ludobójstwo),
niż podjęcie akcji ofensywnej. Ale przecież wyrażając zgodę na ludobójstwo,
tak naprawdę działamy w sposób bierny (?), ponosząc odpowiedzialności za śmierć
cywilów. Nie podjęcie próby
ratowania czyjegoś życia i zabójstwo, sprowadzają się do tego samego
efektu. Nasuwa się przy tej okazji dyskusja nad dylematem, przed którym stanął
jeden z angielskich sądów, mający orzec o separacji bliźniąt syjamskich, w
wyniku której jedno miało przeżyć (w przypadku nie przeprowadzenia operacji
żadne z bliźniąt nie przeżyłoby). Sprawa trafiła do sądu na początku
czerwca 2000 roku, gdyż rodzice sprzeciwili się orzeczeniu o separacji ich
dzieci, podjętym przez lekarzy, tłumacząc swoją decyzję powinnościami względem
wyznawanej religii. Dylematy rodziców i sędziego, choć faktycznie trudne
moralnie, można uprościć inaczej formułując problem decyzyjny i w sposób
przystępny przedstawiając to w mediach. Obecnie już wiadomo że zdaniem sądu
wyższej instancji rodzice nie mają prawa skazać jednego z ich dzieci na śmierć,
co byłoby skutkiem nie podjęcia decyzji o separacji bliźniąt. Czy cel uświęca
środki, czy można zabijać, by inni mogli żyć? Na oba pytania historia
wielokrotnie odpowiedziała twierdząco, ale jak jest naprawdę każdy powinien
udzielić sobie odpowiedzi.
Przyjrzyjmy
się trzem innym, skrajnym poglądom i zastanówmy się jakie reakcje w nas wywołują.
Załóżmy, że ktoś jest przeciwny ograniczaniu wolności do działania
jednostki w kwestiach dotyczących wyłącznie jej samej. Jeśli ktoś np. świadomie
podejmuje decyzje o odebraniu sobie życia, to można wyłącznie próbować mu
to wyperswadować, natomiast nie wolno mu tego zabronić. Cóż, danie człowiekowi
„wolnej ręki”, o ile nie podniesie jej na bliźniego wydaje się dość
rozsądne. Jest to poniekąd zgodne z zasadami wiary chrześcijańskiej. Motywem
przewodnim jest w Biblii wolny wybór pomiędzy złem a dobrem. Wybór
„dobry” narzucony z góry, poprzez stosowanie przymusu jest pusty
moralnie i etycznie. Skoro naprawdę liczy się intencja, to hipokryzją jest
cenzurowanie czynów – mówi zwolennik poglądu „prywatnej wolności”.
Jakie są nasze odczucia, gdy zdajemy sobie sprawę, że stanowisko to dotyka
następujących kwestii: wolności, autorytetu i władz oraz życia i śmierci.
Posłuchamy
teraz stanowiska zwolennika „narkotyków miękkich”, który w
zasadzie podziela poglądy poprzedniego pana, ale przyjmuje intelektualną linię
obrony, nie odwołując się do praw objawionych, czy ukrytych. Uważa on, że
narkotyki to kwestia wieloaspektowa błędnie spłycana przez przeciwników używek.
Otóż umieszczają oni w jednej kategorii, obok siebie, używki w rodzaju
heroiny, LSD, marihuany, mimo, że środki te powodują krańcowo różne
efekty. Samo to w sobie jest niedopuszczalne i prowadzi do błędnych konkluzji,
a ponadto jest hipokryzją, gdyż na podobnej zasadzie można włączyć do
kategorii narkotyków, o ile stosuje się tak luźne kryteria, alkohol,
papierosy oraz kawę. Aby sprawiedliwości stało się zadość te ostatnie również
należałoby zakazać. Przecież wszystkie wymienione substancje wpływają na
stan świadomości. Ten tok myślenia wyraźnie prowadzi do absurdu. Alternatywą
jest przedyskutowanie szkodliwości społecznej poszczególnych środków
niezależnie od siebie. Prawie każdy psycholog zgodzi się, że największą
plagą społeczną jest alkoholizm – degraduje rodziny, prowadzi do
morderstw, napadów, rozbojów. Ponieważ spożycie alkoholu ogranicza wolność
innych jednostek, to właśnie
alkoholizm należałoby ograniczyć (nie przez prohibicję, lecz np. poprzez
zakaz reklam produktów pseudo – alkoholowych). Alkohol można
skontrastować z marihuaną, która wg. raportów specjalnych i artykułów
zamieszczanych w prestiżowych pismach naukowych jest mniej szkodliwa od
papierosów. Mnie osobiście nigdy nie zdarzyło się doświadczyć czyjejś
agresji w efekcie działania THC, a jego mekka, Holandia jest przykładem, że
społeczeństwo może funkcjonować i rozwijać się w warunkach swobody. Jednakże
w naszym społeczeństwie picie alkoholu jest przejawem siły i męskości, wręcz
niezbędnym atrybutem współczesnego mężczyzny, zaś zażywanie narkotyków,
niezależnie od motywacji, jest uznawane za przejaw słabości. Przedstawiona
wcześniej argumentacja wydaje się bez zarzutu, ale wciąż nie uzyskujemy
odpowiedzi na pytanie: zalegalizować narkotyki, czy zdelegalizować wszystkie używki.
Z całą pewnością na to pytanie powinni udzielić specjaliści, a nie społeczeństwo
czy politycy. Póki co jesteśmy skazani na reklamy piwa
„bezalkoholowego”, poradniki leczenia kaca i rozpowszechnianie
kultury picia w każdej sytuacji towarzyskiej.
Na
koniec stanowisko osoby, która jest za karą śmierci w „wyjątkowych”
przypadkach. Jaki jest według niego sens kary śmierci: otóż po pierwsze jest
to przestroga dla innych, po drugie kara śmierci chroni społeczeństwa przed
przestępcą. Zgodnie z teorią umowy społecznej, egzekucja jest w pełni
usprawiedliwiona i moralne, bo zbrodniarz na własne życzenie ustala nową umowę,
wedle które można go potraktować tak jak on potraktował drugą osobę.
Dowiadujemy się również, że alternatywą, złotym środkiem pomiędzy karą
śmierci i długoletnim więzieniem są tortury. Mają one przewagę nad karą
śmierci ponieważ, nie jest to wyjście ostateczne i jeśli ktoś został
niewinnie skazany, można mu zadośćuczynić. Jeśli chodzi o długoletnie więzienie,
to przewagą tortur jest bardziej skuteczna funkcja resocjalizacji. Więzienia,
w szczególności z tv kablową, siłownią nie wywołują lęku u skazanych,
czego dowodem są recydywiści. Tortury mogłyby wywołać strach przed popełnieniem
przestępstwa. Działając strachem i bólem można uwarunkować człowieka
(innym, lecz słabszym narzędziem jest wzmacnianie nagrodami pozytywnych działań).
Kolejna zaleta: jest to rozwiązanie tańsze, a więc płaci tylko przestępca a
nie społeczeństwo dopłacające do wieloletnich wyroków. Linia rozumowania i
w tym przypadku wydaje się spójna. Coś jednak podpowiada nam, że tortury czy
kara śmierci są rozwiązaniem zgoła średniowiecznym. Torturowanie człowieka
byłoby przecież nieludzkie i niehumanitarne, a przecież każdy przestępca
jest człowiekiem. Tu również ujawnia się w nas niechęć przed działaniem
radykalnym i nie przebierającym w środkach. Mając za sobą konkretne studium
przypadków, spróbujmy podejść do „Tabu” w sposób bardziej
abstrakcyjny.
Pojęcie
wokół którego robimy tyle szumu, w języku Polinezyjczyków z wysp Tonga
oznacza „święty” ale również „przeklęty”. J.Cook
odkrył tę instytucję w roku 1771 podczas pobytu na tychże wyspach.
Antropolodzy i religioznawcy ustalili, że pojęcie Tabu istniało w większości
religii pierwotnych. Jak podaje Encyklopedia PWN, chodziło o zakaz kultowy
kontaktu z określonymi przedmiotami, miejscami i osobami, jakoby wyposażonymi
w moc (manę). Co więcej celem, zakazu Tabu było uchronienie człowieka przed
szkodliwym wpływem owych obiektów mocy. Dociekliwym proponuję odnaleźć w
literaturze wyjaśnienia słów „sacrum” i „totem”.
Jeśli
więc potraktować dosłownie analogię Tabu pierwotnego i nowożytnego, dojść
można do wniosku, że owo pomijanie milczeniem, unikanie pewnych tematów ma na
celu ochronę człowieka przed ich zgubnym wpływem. Czyli tak naprawdę o
pewnych sprawach się nie mówi otwarcie i nie myśli, bo może to wyrządzić
więcej szkody niż pożytku. Czy tak jest naprawdę, tzn. czy zgłębianie
pewnych idei jest niekorzystne dla zdrowia lub jest to wręcz profanacja? Z całą
pewnością światopogląd w którym miłość, współczucie czy wolna wola nie
stanowią aksjomatów, lecz są naturalną konsekwencją ślepej ewolucji i
pierwotnego egoizmu nie jest łatwy. Jak pisze Matt Ridley w „O
pochodzeniu cnoty” studenci ekonomii, po wykładzie na temat wymiany społecznej
oraz zachowań pseudo-altuistycznych stali się bardziej nastawieni na
nieefektywną rywalizację niż ich koledzy pozbawieni tej wiedzy. Wynikało to
oczywiście z kompletnego niezrozumienia danej im lekcji, co świadczy o tym że
tego typu niełatwa wiedza może faktycznie wyrządzić więcej szkody niż pożytku.
W innymi miejscu swojej doskonałej książki Ridley pisze „Im szczerzej
odczuwasz współczucie wobec ludzi w niedoli, tym bardziej jesteś egoistyczny,
kiedy przynosisz im ulgę w tej niedoli. Tylko ci, którzy dokonują dobrych
uczynków z powodu chłodnych, niewzruszonych przekonań, są
„prawdziwymi” altruistami”. Przedyskutujmy inną wersję - może
jednak ochronna instytucja Tabu jest potrzebna, ale bardziej tym, którzy ją
ustanawiają?
Odnieśmy
się znów do zamierzchłych dziejów. Tabu mogło wówczas pełnić następujące
funkcje instrumentalne: A) jeśli za obiektem Tabu nie stały żadne moce -
sekta kapłanów próbowała, przy pomocy tej idei, utrzymać reżim, oczywiście
dla dobra pozostałych członków społeczności. B) Jeśli moce te istniały,
to tabu zapewne służyło do bezpiecznego czerpania korzyści z tych idei tylko
wybranej grupie ludzi. Możliwe też, że obiekty Tabu otaczały prawdziwe
Sacrum, czyli asa w rękawie danej instytucji (w Egipcie byłaby to wiedza
astronomiczna posiadana przez kapłanów). Osobiście optuję za tą właśnie
ewentualnością. Istotą współczesnego tabu jest przyjmowanie na wiarę tego,
że dla własnego dobra należy się trzymać z daleka pewnych idei. Przyjmując
za prawdziwe, poczynione wcześniej założenie, a mianowicie że o Tabu nie
decydują względy humanitarne lecz instrumentalne, składamy w całość
wszystkie elementy tej konspiracyjnej układanki. Rzeczywiście myślenie o czymś
co jest logiczne i praktyczne, spowodowałoby nieodwracalne skutki w psychice
„badacza” – stałby się on w efekcie mądrzejszy i
sprytniejszy. Przeskakując z pozycji trybika na stanowisko użytkownika mógłby
stać się groźny dla całego systemu. Nie od dziś wiadomo, że podstawą
dobrobytu jednych jest niedola i ciężka praca drugich.
Zanim
jednak obarczymy odpowiedzialnością za intelektualny zastój sąsiada,
polityka czy księdza powinniśmy zastanowić się, czy my sami nie dokładamy
cegiełki do murów Tabu? Myślę, że Tabu jest czymś w rodzaju mechanizmy
obronnego, podobnego do Freudowskiego „wyparcia”. Pewne kwestie
wydają się na tyle drażliwe, że wolimy je odsunąć od siebie. Wolimy nie
prezentować poglądów sprzecznych z modą, ponieważ wiemy, że napotkamy na
mur lub kontratak ze strony innych. Możliwe, że o Tabu każdy myśli, choć
boi się powiedzieć. Wybierając konformizm nie bierzemy pod uwagę właśnie
tej kwestii, że może tuż obok nas jest ktoś kto posiada podobne poglądy i
chciałby się nimi podzielić.
Jestem
przekonany, że myślenie o czymś co jest uznawane za Tabu, zadawanie sobie
samemu pytania o słuszność niepisanego zakazu kontaktu z tym czymś, przynieść
może więcej korzyści niż ignorowanie czy omijanie tematu (o ile mniej byłoby
np. niechcianych ciąż, gdyby antykoncepcja nie była tematem Tabu).
Eksplorowanie drażliwych tematów nie jest łatwe: emocje i intelekt skutecznie
utrudniają nam to zadanie.
Wcześniej
podane przykłady problemów Tabu miały na celu wzbudzenie reakcji obronnej
przed ich zrozumieniem (niekoniecznie zmierzającym ku akceptacji). Odrzucając
kolejne argumenty, zwracając szczególną uwagę na pojawiające się emocje,
zadawajmy sobie pytanie, czy robimy to ponieważ tak jest łatwiej, czy tak jest
słuszniej. Z reguły tematy tabu dotyczą kwestii wolności, radykalnych działań,
śmierci, życia i autorytetu. To wszystko mamy na co dzień: w życiu, kinie,
prasie. Unikanie konfrontacji jest więc niemożliwe. Jeśli coś jest złe, bądźmy
świadomi dlaczego, jeśli jest dobre korzystajmy z tego. Choć wolność jest
ciężarem, wielu oddaje życie, poświęca swój czas i pieniądze właśnie
dla niej. Może więc warto, nawet jeśli przy okazji pozbawimy romantycznej
otoczki uczucia wyższe takie jak miłość, czy altruizm?
Czas
płynie, społeczeństwo się zmienia, a wraz z nim jego problemy. Tematy Tabu o
których kiedyś obawiano się pisać, dzisiaj z różnych względów
powszednieją. W nowym tysiącleciu życzyłbym sobie i innym, aby problemy śmierci,
seksu i sacrum zostały rozwiązane i zaakceptowane jako naturalny element
naszego człowieczeństwa.
[wróć]
Piotr
Lasoń, 1 styczeń 2000

Text
& Design
Copyrights by Piotr
Lasoń
[Home
Page]
|