W
zaklętym kręgu memów
[wróć]
Wolna wola, czy tylko złudzenie?
Geny czy środowisko?
Samolubny gen
Na czym polega ewolucja?
Memetyka a Wirusy Umysłu
Geneza memów
Granice memetyki
Na
początku lat osiemdziesiątych Benjamin Libet wraz ze współpracownikami
przeprowadził eksperyment, którego wyniki wstrząsnęły środowiskiem filozofów
i neuropsychologów zainteresowanych zagadnieniem wolnej woli. Otóż wykazał
on, że poczucie wolności wyboru i wpływu na podejmowane decyzje jest złudzeniem.
Nie wchodząc w szczegóły, Libet badał aktywność mózgu, konkretnie zapis
EEG tzw. potencjałów gotowości, w trakcie wykonywania prostej czynności.
Okazało się, że świadomość wyboru pojawiała się około 200 msec przed
wykonaniem ruchu, ale około 350 msec po zarejestrowaniu aktywności mózgu świadczącej
o tym, że taki ruch nastąpi. W związku z tym wysnuto wniosek, że intencja
powstaje niezależnie od świadomości, ale błędnie uświadamiana jest jako
nasz własny wybór. W 20 lat później Libet przyznał, że scenariusz
niekoniecznie musi być aż tak pesymistyczny, a furtka dla wolnej woli może
mimo wszystko istnieć. Powiemy o tym na końcu artykułu.
Jeden
z bardziej charakterystycznych dla psychologii sporów dotyczy źródła
determinacji postępowania człowieka. Obóz S twierdzi, że na to kim jesteśmy
i jak się zachowujemy ma wpływ przede wszystkim środowisko, czyli wychowanie
serwowane nam przez rodziców, szkołę i znajomych. Obóz G umniejsza wpływ
czynników środowiskowych twierdząc, że przede wszystkim dziedziczone po
rodzicach geny kształtują człowieka. Ci ostatni, jako silne argumenty podają
wyniki studiów przeprowadzonych nad podobieństwem bliźniąt jednojajowych
(posiadających ten sam materiał genetyczny) wychowywanych razem i osobno. Pomiędzy
wymienionymi skrajnościami występuje ciąg kompromisów, jedni przyznają więcej
środowisku inni genom, a jeszcze inni twierdzą, że oba czynniki determinują
życie człowieka w równym stopniu. Nikt na serio nie bierze pod uwagę
czynnika W – wolnej woli.
Przedstawicielem
socjobiologii, czyli nurtu psychologii zajmującego się ewolucją zachowań i
dziedziczeniem programów działania po przodkach, jest bez wątpienia Richard
Dawkins. Ten słynny ewolucjonista uważa, że życie istniejące w takiej
formie jak obecnie, powstało w następstwie ewolucyjnego kumulowania się
zmian, a całą naszą złożoność i człowieczeństwo wytłumaczyć można
przy użyciu bardzo prostych praw (zaprzecza tym samym konieczności ingerencji
istoty wyższej, czym ściąga na siebie ataki kreacjonistów). To nie wszystkie
z głoszonych przez niego rewelacji. Dawkins zatytułował jedną ze swoich książek
„Samolubny gen” i chyba dzięki tej koncepcji jest najbardziej
znany. Według niego, każdy człowiek, Ty, Ja, Albert Einstein i Woody Allen
jesteśmy jedynie pojemnikami przechowującymi geny i realizującymi ich
polecenia. Ewolucja działa nie na poziomie jednostek, czy grup lecz na bardziej
elementarnym poziomie - pojedynczych genów. Według Dawkinsa, geny są
potencjalnie nieśmiertelnymi replikatorami, których jedynym celem jest rozmnażanie,
współpraca i dominacja nad innymi genami. Wszystko to jest korzystne dla człowieka,
gdyż bardziej doskonalsze geny oznaczają bardziej sprawnego człowieka. Czy
gdyby pozbawić seks wartości reprodukcyjnej istaniałaby zazdrość, cnota
jako walor, wstyd czy monogamia? Wątpliwe, prawdopodobnie seks stałby się
podobną rozrywką jak obiad w restauracji, czy wieczór w teatrze. Dlaczego
matka poświęci swoje życie dla dziecka? Ponieważ dzięki niej geny uchronią
swoich genopotomków od zagłady. Dlaczego większość par nie zdecydowałoby
się na adopcję? Tylko dlatego, że samolubne geny dbają o kontynuację swojej
linii, wbudowując w umysł człowieka niechęć do działań na rzecz
konkurencyjnych genów.
Ogólna
zasada brzmi, że im bardziej ktoś do nas podobny tym bardziej jesteśmy mu skłonni
pomóc, ponieważ istnieje duża szansa (tym większa im większe podobieństwo),
że jesteśmy „nosicielami” podobnych genów.
Przyjrzyjmy
się bliżej procesom ewolucji. Od czasu ogłoszenia koncepcji ewolucji przez
Karola Darwina podstawowa idea nie uległa zmianom i wciąż jest uważana za
jedną z najprostszych i najpiękniejszych w historii nauki.
Proces
ewolucji polega na stopniowym doskonaleniu organizmu – jest to jej jedyny
i niezmienny cel. Postępująca doskonałość organizmu opiera się o dwie
cechy: zdolność do reprodukcji i zdolność do przetrwania. Umiejętności
przetrwania i prokreacji można następnie rozłożyć na wiele różnych cech
takich jak: atrakcyjność fizyczna, skuteczność w ochronie potomstwa, umiejętność
współpracy i tak dalej. Na bardziej szczegółowym poziomie każdą z cech możemy
dokładniej rozpisać, np. atrakcyjność fizyczną na kolor upierzenia, długość
ogona, feromony itd. Większość z tych cech regulowana jest genetycznie. Hasło
- „Przetrwanie najlepiej dostosowanych” oznacza, że im osobnik jest
„lepszy” w prokreacji i przetrwaniu tym więcej swoich genów
przekazuje w następnej generacji potomstwu i tym skuteczniej walczy o swoje
prawa z innymi organizmami. Z pokolenia na pokolenie jego replik jest coraz więcej,
a co ważniejsze, w populacji więcej jest genów gwarantujących mu ten sukces.
Nawiasem mówiąc, wymienione bez właściwego kontekstu sformułowanie
„przetrwanie najlepszych” jest
tautologią, co zarzucają całej teorii ewolucji laicy, dlatego lepiej zastąpić
go określeniem „prokreacja najlepiej dostosowanych” – wyrażającym
esencję ewolucji i pozbawionym tautologicznego wydźwięku.
Dziedziczenie
nie wystarczy do tego, aby zaistniała ewolucja. Niezbędna jest przypadkowość.
Natura doskonali organizmy metodą prób i błędów - losuje różne kombinacje
i wersje genów, po czym dobór naturalny wybiera kombinacje najlepsze. Te są
ponownie modyfikowane: powstają gorsze i lepsze, ale dobór wciąż te lepsze.
Z pokolenia na pokolenie organizmy są więc coraz lepiej przystosowane, geny
korzystne są przekazywane, zaś niekorzystne zanikają. Przypadkowość, niezbędny
składnik ewolucji osiągana jest poprzez losową wymianę informacji
genetycznej pomiędzy rodzicami (po jednym chromosomie z pary) oraz
tzw. crossing-over (trochę od dziadka i trochę od babci) i przez
mutacje (losowe zmiany zapisu a więc i funkcji genów). Podsumujmy jakie
składniki są niezbędne aby zaistniała ewolucja. Są to: występowanie
przypadkowych zmian w organizmach, dobór faworyzujący organizmy o określonych
cechach, posiadanie przez organizmy genotypu - zbioru genów.
Ewolucja
działa na różnych poziomach doboru. Rozmaite rodzaje doboru, które za moment
wymienię, łączy jedna wspólna cecha – stanowią one filtry, które
przesiewają osobniki pod względem określonych, różnych kryteriów. Należy
zauważyć, iż praktycznie wszystkie te filtry działają wspólnie na jednostkę,
wyjściowo określając status posiadanych przez nią genów. Najbardziej znane
rodzaje doboru to: płciowy - skuteczność przyciągania i wabienia przeciwnej
płci, naturalny - zdolność do przetrwania w zmieniających się okolicznościach,
grupowy - umiejętność kooperacji i specjalizacji (stanowiący o potędze
naszej cywilizacji). We wszystkich wymienionych do tej pory odmianach mamy do
czynienia z doborem i selekcją materiału biologicznego. W czasach postępującego
rozwoju technologii i kultury jest to zaledwie wierzchołek góry lodowej.
Zasady doboru naturalnego i ewolucyjnego doskonalenia wykorzystywane są od
wielu lat w cybernetyce, algorytmach genetycznych i sztucznej inteligencji.
Sieci neuronowe, stosowane w programach eksperckich, oprogramowaniu rozpoznającym
mowę lub pismo działają zgodnie z zasadami ewolucji. Również mózg rozwija
się dzięki ewolucji (co próbują naśladować komputerowe sieci neuronowe -
jest to tak zwany Neuronalny Darwinizm).
O
doborze naturalnym można również mówić w kontekście rozwoju kultury i
nauki. Richard Dawkins nazwał kulturę i wszystko to czego dowiadujemy się z
otoczenia „poszerzonym fenotypem” w którym jednostki informacji
zostały nazwane „memami”. Memetyka jest dość świeżą dziedziną
psycho-socjo-biologii-ewolucyjnej. Opiera się na analogii memów - podstawowych
jednostek informacji kulturowych, do replikujących się samolubnych genów.
Podobnie jak samolubne są geny, również memy dbają wyłącznie o swój własny
interes. Ponieważ jednak nie są tak bardzo związane z nosicielem jak geny,
ich sukces nie zawsze koreluje z sukcesem nosiciela. Istotniejsze dla memu nie
jest to, czy jego nosiciel będzie miał z niego korzyści tzn. będzie sprawnie
prokreował i zdobywał pokarm, lecz jak szybko i sprawnie będzie przekazywał
ów mem innym ludziom. Na identycznej zasadzie działają wirusy, tak więc memy
wkrótce okrzyknięto wirusami umysłu – analogia do wirusów
komputerowych wręcz sama się narzuca. Z punktu widzenia pasożyta umysłu (lub
wirusa DNA) nie jest istotne nawet to, czy jego nosiciel nie ucierpi w trakcie,
grunt by wcześniej przekazał do dalej. Jest to prawda, przynajmniej w
odniesieniu do niektórych memów, gdyż błędem jest stwierdzenie, że
wszystkie memy są wirusami. Przekazanie memu nie zajmuje, tak jak dla genów człowieka,
dziewięć miesięcy lecz na przykład kilkanaście sekund. Sensacyjna plotka
jest takim memem. Dzięki telefonom (szczególnie komórkowym) potrafi się w ciągu
kilku godzin rozprzestrzenić się na ogromną liczbę osób.
Według
Dawkinsa patologicznym memem jest również religia, autor określa ją mianem
wirusa umysłu. Inne memy, takie jak przepisy kulinarne mogą być przydatne i
praktyczne a jeszcze inne, takie jak dowcipy i kawały, służą po prostu
rozrywce (choć nie da się ukryć, że często mają na celu dewaluację określonych
grup społecznych lub płci). Niektóre memy, podobnie jak wirusy komputerowe,
mają ustalony czas aktywacji. Przykładem jest Prima Aprlils, czy też przesądy
w rodzaju piątku trzynastego, wyzwalające w określonym czasie szereg
niezrozumiałych z punktu widzenia ekonomii zachowań. Memy bywają wyposażone
są również (oprócz klauzuli o bezwarunkowej wierze) w instrukcję utrudniającą
zmianę treści. Jako przykład podać można Pismo Święte oraz dokumenty
publiczne, które mogą być kopiowane wyłącznie z zachowaniem pełnej zgodności
– za ich zmianę grożą kary natury nadprzyrodzonej lub finansowej.
Jakie
są symptomy zainfekowania wirusem doktryny religijnej, wg. Dawkinsa (na
podstawie „Viruses of Mind”)? 1. Pacjent posiada głębokie,
niezachwiane przekonanie, że coś jest prawdziwe i słuszne. Przekonanie to nie
opiera się na logicznych i racjonalnych przesłankach, które pacjent potrafi
wymienić, co jednak nie wpływa negatywnie na jego wiarę. 2. Dla pacjenta idea
niezłomnej i nie zachwianej wiary jest cnotą. Dla niektórych nawet, wiara
jest tym silniejsza im mniej przesłanek. Cnota wiary bez empirycznego dowodu na
nią, jest tarczą ochronną większości „pakietów religijnych”
– a mimo to niewielu ją kwestionuje. 3. Symptomem zainfekowania jest
unikanie zgłębiania zjawisk leżących u podstaw, co mogłoby ujawnić
samolubny rdzeń memu. Pacjent zakłada z góry, że nieścisłości lub
niedostateczne wyjaśnienia są celowe i przemyślane. Paradoksy są pozorne, bo
wynikają z dotykania czegoś co jest „niepoznawalne” a więc nie może
lub nie powinno być poznane. Tertullian twierdził, że „coś musi być
oczywiste skoro jest niemożliwe”. 4. Zainfekowany wykaże nietolerancję
dla jednostek wolnych od wirusa lub tych, którzy się go pozbyli. Co więcej będzie
w stanie poświęcić swoje życie dla dobra wyznawanej idei. 5. Stan chorego,
mimo widocznych dla otoczenia objawów infekcji stanowić będzie dla jednostki
źródło przyjemności, intensywnością czasem dorównującą przyjemności
seksualnej. Przykładem mogą być orgazmistyczne wizje Św. Teresy z Avilii.
Posługując
się żargonem komputerowym – wiara realizuje potrzebę bezpieczeństwa, a
religie wykorzystują to łącze do indoktrynacji spójnymi zespołami memów.
Chcemy wierzyć i chcemy poddawać się czemuś co przynajmniej na pozór jest
prawdziwe. Jaki byłby inny sens wystawiania certyfikatów koszerności?
Nie
wszyscy mamy możliwość świadomego wyboru, tego jaką drogą będziemy podążać.
Czysta karta umysłu dziecka wręcz prosi się o to, aby utrwalić na niej
jakiekolwiek informacje, wokół których później obracać się będzie światopogląd
dorosłego człowieka. Jedną z lepszych scen indoktrynacji w historii filmu,
jest klasa dziewczynek z „Seksmisji”. Łatwo dopowiedzieć sobie
kontynuację tej historii, która miałaby miejsce gdyby nie Maks i Albert.
Dorosłe kobiety przekazywałyby to, czego dowiedziały się jako dzieci i tak w
nieskończoność.
Rozłóżmy
mem na czynniki pierwsze. Jego otoczką jest to co widać na pierwszy rzut oka,
a co decyduje o jego atrakcyjności a więc o możliwości dalszej reprodukcji.
Otoczka mami potencjalnego nosiciela memów przyjemnością, korzyściami;
prawdziwymi lub tylko pozornymi. Ponadto głębiej może być ukryty rdzeń
memu; najczęściej zakodowany program działania. Akceptując otoczkę podporządkowujemy
się informacji zawartej w rdzeniu. Mem może być „pusty”
aczkolwiek nie zajedzie on daleko bez atrakcyjnej otoczki. Przykładem memu
posiadającego rdzeń i otoczkę jest zwykła reklama telewizyjna. Reklama mami
użytkownika interesującym przekazem, chwytliwą melodią, wraz z dźwiękiem i
obrazem przenosząc podstawowy przekaz „kup produkt ABC, nie kupuj
XYZ”. Rdzeniem memu może być również treść praktyczna dla użytkownika.
Wówczas użytkownik i mem pomagają sobie wzajemnie zwiększając swoje szanse
na reprodukcję i przetrwanie.
Memy
mogą ewoluować i ewoluują, jeśli nie efektywniej to na pewno szybciej niż
materiał genetyczny. Przekazując sobie informacje werbalnie zniekształcamy
przekaz, co jest odpowiednikiem mutacji genetycznej. Memy łączą się również
ze sobą ku wspólnemu celowi, stając się wspólnie silniejszymi
replikatorami, w zasadzie pakietami współpracujących memów. Przykładem są
omawiane wcześniej doktryny religijne.
Poszerzony
fenotyp Richarda Dawkinsa oznacza kontynuację i przedłużenie materiału w który
wyposaża nas genotyp. Ludzie, w odróżnieniu od zwierząt, są bardziej
elastyczni i lepiej adaptowalni do otoczenia – być może na tym polega
nasza przewaga nad zwierzętami. Podczas gdy genotyp zmienił się w znikomym
stopni, kultura uległa drastycznej ewolucji. Wszystko to jest możliwe dzięki
wrodzonemu wyposażeniu człowieka w zdolność posługiwania się językiem, która
dała początek rozwojowi całej kultury. Łatwo wyobrazić sobie scenariusz
koegzystencji memów i genów. Rozwijając język, jednocześnie ludzie zaczęli
gromadzić doświadczenie życiowe, w szybkim tempie doskonaląc przystosowanie
kolejnych pokoleń. Niemożliwe,
czyli „dziedziczenie” umiejętności nabytych stało się możliwe
dzięki językowi . Każdy z języków jest platformą po której przesyłane są
memy, inaczej mówiąc język jest nośnikiem memów, tak jak DNA jest nośnikiem
genów. Co ciekawe, cechy języka mogą ułatwiać lub utrudniać
rozpowszechnianie się memów, co wpływa na dobór grupowy osób posługujących
się danym językiem. Załóżmy, że istnieją dwa państwa, których obywatele
posługują się różnymi językami. Język A jest łatwiejszy do nauczenia niż
B. Oczywiste jest, że A będzie rozpowszechniał się lepiej w innych krajach
niż B, co umożliwi np. naukowcom kraju A propagowanie swoich idei, zaś
ograniczy przekazywanie idei mieszkańcom kraju B.
Warto
powiedzieć, że pomiędzy memami i genami może zachodzić wzajemny wpływ. Na
przykład pewne praktyki akceptowane w danej kulturze mogą spowodować wzrost
lub zmniejszenie frekwencji określonych genów. Przykładem może być częste
picie mleka dla utrzymania kondycji i idące za tym obniżenie odsetku osób
cierpiących na nietolerancję laktozy mlecznej. Inny przykład do uzależnienie
kompatybilności partnerów od znaków zodiaku. Chociaż wstępnie zbieżność,
czy rozbieżność znaków nie mają żadnego znaczenia (załóżmy), to w
efekcie stosowania się do zaleceń astrologii, może dojść do genetycznego
utrwalenia nawyków związanych z doborem płciowym. Dzięki samospełniającej
się przepowiedni mit może wykreować fakt.
Mam
nadzieję, że nie popadłem w przesadny entuzjazm. Analogia genów do memów
jest bardzo atrakcyjna, wydaje się jednak, że w paru punktach jest ona naciągana.
Jakby nie nazwać jednostek informacji to jednak w znacznym stopniu różnią się
one od genów: memom brak jest na przykład trwałości, o czym można się
przekonać grając w głuchy telefon. O tych i o innych ograniczeniach memetyki
chciałbym na koniec napisać .
Dostępną
na rynku polskim książkę "Wirus umysłu" Brodiego –
wykorzystam jako antyprzykład do krytyki memetyki. Oto moje wrażenia pojawiające
się w trakcie czytania. Pierwszy rzut oka: ciekawie skonstruowana książka,
przejrzysta i zachęcająca. To wzbudza moje podejrzenia, wartościowe
informacje rzadko przyjmują atrakcyjną formę. Ciekawe, czy idzie to w parze
sensownością i głębokością przekazu? Czy nie jest to aby kolejna
popularnonaukowa bajka dla dorosłych? Już na wstępie książka obiecuje złote
góry, zachwala zalety nowej nauki, ukazuje nasze obecne zacofanie i brak wglądu
w sterujące nami metamechanizmy. Trochę za dużo tego samouwielbienia jak na
dwadzieścia stron tekstu. Na stronie 32 autor sugeruje pełną sterowalność
zewnętrzną przez memy - jednostki informacji. Atakują nas jak wirusy, wbrew
naszej woli przez podświadomość. Usłyszane gdzieś, kiedyś, informacje
osadzają się w pamięci jako skojarzenia które koniecznie musimy stosować.
Świadomość? Nie ma tutaj miejsca na świadomość i aktywną działalność
poznawczą. Wchłaniamy memy jak suche gąbki. Autor wielokrotnie zastępuje pojęcia
stosowane przez psychologię określeniem memu. Dosłownie wszystko staje się
memem: od pojęcia po teorię. Przepraszam - są również meta memy, czyli memy
o memach. Strona 58. Tracę wiarę że Richard Brodie w naukowy sposób opisze
memy. Robi za to co już było: kategoryzuje wiedzę. Trzy klasy niewarte uwagi:
strategie, skojarzenia i kategorie. Psychologia poznawcza kipi od takich teorii.
Oczywiście na każdym kroku autor zaznacza, że chodzi mu wyłącznie o memy.
Uproszczenie psychologii postępuje. Brodie ogranicza wpływ wewnętrznych
procesów poznawczych do selekcji informacji. Gibsonizm. Jesteśmy lustrem dla
otoczenia. Kolejne strony pokazują "analogie" memów do biologii
(wirusologii) i informatyki. Strona 95. Posłuchajmy jakie sprytne definicje
bardzo ważnych pojęć proponuje autor. Ewolucja - "...rzeczy zmieniają
się z upływem czasu..." Replikator - "..każdy kopiowany
obiekt.." Brodie wyraźnie podrabia narratorski styl Dawkinsa i przy tym
nie dorasta mu do pięt. Nawiązuje do łańcuszków szczęścia. Nie zauważa,
że są to rzadkie przykłady memów z mechanizmami replikacji. Reklamy (również
zawierające memy) nie posiadają tych mechanizmów. Strona 127. Skończyłem
czytać rozdział zatytułowany. "Seks - fundament ewolucji". To
czteroliterowe, niezwykle popularne określenie zarezerwowane jest tylko dla
ludzi. A może się mylę? Czy można seksem nazwać aktywność naszych
dalekich przodków o których czytamy "zwierzęta spółkowały ze skałami,
drzewami, grzybami [...] z czym się dało". Nic dodać, nic ująć. Tak
oto w oczach autora wygląda dobór naturalny. Strona 175. Kilkanaście dość
ciekawych stron na temat "jak przyswajamy obce programy". Obok metod
oswajania (asocjacji), dysonansu poznawczego itd. opisano konia trojańskiego.
Chyba najciekawszy rozdział. Koniec książki.
Czas
na podsumowanie. Atrakcyjna okładka, a wewnątrz sieczka "dla
opornych". W jednym względzie Brodie miał rację. Informacje sterują
nami, zamykają nas w oferowanej przez nie wizji
wiata i zamieniają w orędowników płytkich idei, co z miejsca
wychwytuje krytyczny obserwator. "Wirus umysłu" podobnie jak cała
memetyka, jest takim memem. Jest to dowód jak bardzo zapalczywie jesteśmy skłonni
bronić swoich racji, nie zauważając całej paranoi jaka wokół tego narasta.
Memetyka, jako nauka kusi nas swą prostotą i dlatego jest doskonałym
replikatorem (dla odmiany genetyka jest bardzo złożoną dziedziną wiedzy).
Memetyce zarzucić można nieuprawnione stosowanie uogólnień i słabo
sprecyzowanych określeń. Setki autorów mówią o memach, przy czym każdy w
inny sposób rozumie to pojęcie. Metodologia memetyki, czyli ogólnie przyjęty
sposób w jaki opisujemy i badamy rzeczywistość jest praktycznie żadna.
Memetyka nie docenia człowieka jako aktywnego procesora informacji. Twierdzi,
że wystarczy wrzucić go do „jeziora memów” aby nasiąkł nimi i
zaczął je rozpowszechniać. A przecież nawet Libet, po latach przyznał, że
wolna wola mimo wszystko może istnieć. Opisywane na wstępie doświadczenie
Libeta wykazało, że poczucie wolności decyzyjnej jest tylko częściowo złudzeniem.
Człowiek ma jednak, wg. Libeta możliwość powstrzymania się przed działaniem,
które jak mówiliśmy generowane jest nieświadomie. W jakimś stopniu to od
nas zależy, czy uda nam się odsłonić rdzeń, negując
„opakowanie”, czy też będziemy działać pod dyktando memów i genów
mając przyjemne wrażenie, że istniejemy.
Literatura
Richard
Dawkins „Samolubny gen”
Memetics
publications on the web – niezwykle bogata kolekcja artykułów
poświęconych memetyce. Polecam!
[wróć]
Piotr
Lasoń, 1 kwiecień 2001

Text
& Design
Copyrights by Piotr
Lasoń
[Home
Page]
|